Literatura Irlandzka

  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
  • Drukuj zawartość bieżącej strony
3 września 2015

IRLANDIA OD STRONY LITERATURY

 

Seamus Heaney, Oscar Wilde, Samuel Beckett, Wiliam Butler Yeats, James Joyce… nazwiska jakby znane – przynajmniej niektórym. Skąd? Trudno powiedzieć.

 

Każdemu statystycznemu Polakowi (swoją drogą niezwykle ciekawa kreacja, taki „statystyczny Polak”) wydaje się dziś, że Irlandia to po prostu Irlandia – ot kraj na Wyspach Brytyjskich – katolicki, zielony i dobry, by tam zacząć nowe życie – tzn. podjąć pracę i lepiej zarabiać – takie wymarzone Eldorado po-sarmackich szaraczków. Cud ekonomiczny zjednoczonej Europy. Co jeszcze może „przeciętny Polak” powiedzieć o Irlandii, może tylko to, że stamtąd pochodzi U2 i Guinness. Co bardziej obeznany i światowy doda jeszcze coś
o świętym Patryku, ale raczej nie w kontekście samej postaci i jej zasług, a raczej w kontekście dorocznych imprez, organizowanych 17 marca już chyba wszędzie, nie tylko tam, gdzie dotarli Irlandczycy. Niewiele to
i raczej nie najlepiej świadczy o nas, mających przynajmniej jednego krewnego lub przyjaciela i znajomego na emigracji w Éire.

 

Tymczasem, okolice rzeczywiście są upojnie zielone – nie bez przyczyny mówi się o Irlandii – Szmaragdowa Wyspa. Polacy to istotnie największa mniejszość narodowa w Irlandii – i jak pochlebnie mówią tubylcy „good workers”. Kraj jakby katolicki (ale nie cały), choć dopiero dzięki napływowi ludności znad Wisły, ów Kościół, starszy wszak od naszego (tereny te były chrystianizowane wcześniej), przeżywa niejaki renesans. Gorzej już
z tą jednością Irlandii. Bo jest Republika Irlandii i jest Irlandia Północna. Rodzi to pewne komplikacje. My też mamy się o tym przekonać na miejscu. Nie tylko zresztą od strony problemów walutowych (który portfel dziś zabrać – z euro czy z funtami?).

 

Nasza docelowa baza to miasto (raczej miasteczko) Derry leżące po brytyjskiej stronie Wyspy, ale wg rojalistycznej nomenklatury winniśmy mówić i pisać London-Derry (takie Splash City). Identyfikując się jednak po latach zaborów, okupacji i innych doświadczeń historycznych bardziej z podbitym narodem irlandzkim niż podbijającym narodem brytyjskim, wszyscy konsekwentnie używamy dawniejszej nazwy – Derry. To tylko jedna z owych komplikacji podzielonej Éire. Ci z nas na przykład, których akcent wskazywał na wyraźnie brytyjską szkołę językową, niechętnie byli obsługiwani w katolickich dzielnicach, a zdarzało się, że płacili więcej od tych z akcentem irlandzkim. To też mała komplikacja, tyle że dla części z nas całkiem zabawna.

 

Dziesięcioro nauczycieli z Poznania, różnej profesji wie o Irlandii nieco więcej niż statystyczny Polak. Dwoje
z nas zna ten kraj nawet dobrze, byliśmy tam wielokrotnie i zawsze wracamy z wielką przyjemnością i czujemy się na Wyspie jak w domu. Pozostali poznają go dopiero na naszym wyjeździe. A dwutygodniowy pobyt to już wystarczający czas, by się nim zachwycić, poczuć pewien niedosyt i potrzebę ponownych odwiedzin.
A zaskoczeń i zachwytów będzie dużo.

 

Przygotowaliśmy się (a przynajmniej część z nas) do wyjazdu w różnorodny sposób – dwójka stałych bywalców kraju Leprechaunów snuła opowieści, ilustrowane setkami zdjęć, doczytywaliśmy przewodniki, studiowaliśmy mapy, planując możliwe wycieczki, uczestniczyliśmy w wykładach i pokazach w siedzibie FKI
i Honorowego Konsulatu Irlandii, słuchaliśmy energetycznej muzyki, oglądaliśmy tematyczne filmy. Niewątpliwie w tych przygotowaniach najmniej czasu poświęciliśmy literaturze. Ale i ona upomniała się o nas – Muzeum Pisarzy Dublińskich, czy pomniki Joyce’a, Wilde’a zachęcały nie tylko do zwiedzania, czy robienia zdjęć, ale i do przypomnienia sobie lektur z czasów, jeśli nie szkolnych to przynajmniej studenckich.
A dublińska biblioteka Trinity Collage i wystawa Book o Kells powaliły nas na kolana.

 

W szkolnej praktyce nauczycielskiej literatura irlandzka (i w ogóle literatura powszechna) jest dość słabo obecna. Właściwie istnieje tylko możliwość wspomnienia o Wildzie (w odniesieniu do dandyzmu), Joyce przywołany zostaje przy zagadnieniu monologu wewnętrznego (jak starczy czasu), a Beckett pojawia się jako kontekst mrożkowego teatru absurdu i camusowskiego egzystencjalizmu. Ale przecież i przy nich rzadko wspominamy o irlandzkich korzeniach pisarzy. Możliwe są jeszcze anegdoty, jak ta o Wisławie Szymborskiej. Podobno, kiedy w 1995 roku irlandzki poeta Seamus Heaney otrzymał Literacką Nagrodę Nobla, Szymborska odetchnęła z ulgą – już jej nie groziła „sztokholmska katastrofa”, jak nazwie ostatecznie wyróżnienie, które
i ona otrzymała rok później. Liczyła, że Akademia Noblowska nie wybierze tak szybko kolejnego poety (i to z kraju katolickiego i kraju miłośników piwa – to już dopisek Barańczaka), bo obarczyć go swym medalem.

 

Wszystko to zdecydowanie zbyt skromne. Może warto poznać ich nieco bliżej.

 

 

 

 

 

 

LORD PARADOKS – czyli Oskar Wilde

 

„Rozbudowałem wyobraźnię mojego wieku, która tworzyła dookoła mnie mit i legendę.”

(Oscar Wilde)

 

Wilde istniał i istnieje nadal przede wszystkim jako legenda, głównie legenda osobowości. Choć dziś może bardziej jako legenda biograficzna, biorąc pod uwagę jego homoerotyczne upodobania i głośny proces,
w wyniku którego został skazany na pięć lat najcięższego więzienia angielskiego w Readings.

 

Wilde to artysta, ale artysta mniej pióra, bardziej życia. Artysta, dla którego życie było sztuką. Nazywano go The King of Life. Nosił kraciaste ubrania, nosił kwiaciaste kamizelki, jedwabne krawaty, lawendowe rękawiczki. Prowokował i bawił wiktoriańską Anglię, jako że rodzinną Irlandię opuścił dość wcześnie. Ojciec był lekarzem okulistą, a matka pisarką, która bardzo chciała mieć córkę, więc chłopca ubierano w dziewczęce stroje
i mówiono o nim „she”. Wiele to tłumaczy.

 

Wrodzone poczucie wyższości kazało Wilde’owi zająć się sprawami własnej kariery. Stawiał na oryginalność
i ekscentryczność, ale też i sukces poprzedziły lata ciężkiej pracy. Ekstrawagancki ubiór i paradoksy, którymi częstował wszystkich w czasie rozmowy były tylko początkiem, choć przynosiły mu pożądany rozgłos. Długi czas borykał się Wilde z kłopotami finansowymi, które utrudniały mu nawet publikację dzieł. Imał się tedy różnych zajęć, m.in. ruszył z odczytami o estetyzmie. By utrzymać rodzinę, podjął się pracy, która go mierziła, zniżała do poziomu przeciętności, a on chciał wielkości, zbytku, sławy. Wilde tworzył głównie słowem mówionym, a z tego pożytek niewielki. Natchnienie nie chciało przyjść, dopiero kiedy odkrył, że można pisać tak jak się mówi, zaczęła się prawdziwa sława także pisarska Wilde’a. Pogłębiana ciągłymi kulturowymi
i obyczajowymi prowokacjami, które ostatecznie zaprowadzą go na samo dno.

 

Na fali aktywności twórczej pisze „Portret Doriana Greya”, książkę, która jako jedno z nielicznych jego dzieł przetrwała próbę czasu i która skumulowała całą osobowość pisarza. Mniej więcej miesiąc po napisaniu powieści Wilde poznał młodego człowieka Johna Greya, z którym zaczął się wszędzie pokazywać. Książka wywołała oburzenie, a dodatkowa prowokacja Wilde’a już prawdziwy skandal. Z 216 recenzji zaledwie jedna nie ziała oburzeniem. Ale reklamą była skuteczną. Natomiast prawdziwym sukcesem komercyjnym była napisana na zamówienie dyrektora Saint- James Theatre komedia „Wachlarz Lady Windermere”. Dzięki tantiemom Wilde stał się człowiekiem zamożnym.

 

W okresie wielkiej sławy rodzi się i ostatecznie krzepnie prawdziwa legenda Króla życia, arbitra elegantiarum, znawcy sztuki, doradcy w sprawach piękna i mody. Ubierał się zgodnie z panującą modą, którą zresztą sam kształtował. Wzięcie laski z ogromnej kolekcji stanowiło czasami o godzinnym spóźnieniu, potem jeszcze tylko u ogrodnika wybierał orchideę, pęk fiołków lub zielony goździk do butonierki i już był gotowy na podbój miasta. Wierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę. I głosi zasadę: Aestethics is above ethics. Widząc kiedyś żebraka ubranego w stary surdut i wyjątkowo niekształtny cylinder, zaprowadził do krawca i kazał mu uszyć strój żebraczy według najlepszych płócien starych mistrzów.

 

Moment poznania Alfreda Douglasa jest w życiu Wilde’a bardzo ważny. Ze strony Wilde’a wielka miłość, pełne oddanie, ze strony Douglasa, po pierwszym zachłyśnięciu się sławą Oskara, głównie upokorzenia, oskarżenia, obelgi. Wkrótce okaże się to prawdziwym przekleństwem. Młody panicz był zepsuty, chimeryczny, gwałtowny
i egoistyczny, a miał ogromny wpływ na nieprzeciętną jednostkę, jaką był Wilde. Douglas zniszczył go jako artystę i jako człowieka, Oskar nie mógł tworzyć, pracować, chora miłość wypełniała mu każdą myśl i ciągnęła ku przepaści.

 

Proces wytoczony Wilde’owi o „czyny wysoce niemoralne” zakrawał na tragiczną farsę. Świadkowie byli zastraszani lub przekupieni gubili się w zeznaniach, plątali fakty, obraźliwe zachowania adwokatów, stronnicza postawa sędziego – wszystko wyglądało na zmowę. Szykanowano rodzinę Oskara, synowie musieli opuścić szkoły, żona wyjechać z Londynu i zmienić nazwisko, do nazwiska Wilde’a jego rodzina powróciła dopiero pod koniec XX wieku.

 

Z więzienia Wilde wyjdzie już jako inny człowiek. Zmiany w jego osobowości rejestruje jego spowiedź intelektualna „De profundis”, dziełem godnym jego talentu będzie jeszcze tylko „Ballada o więzieniu Readings”. Przenosi się do Paryża, gdzie do śmierci żyje pod przybranym nazwiskiem, próbując błyszczeć
w cuchnących spelunkach jak dawniej w eleganckich salonach. Smutny upadek dawnego arbitra elegantiarum.

 

Za życia już był legendą – promienną, barwną, pełną witalności i fantazji. Dzisiejsza legenda Oskara Wilde’a obejmuje go też wyrzuconym poza nawias społeczeństwa za homoerotyczne skłonności. Król życia i żałosny banita. Lord Paradoks po prostu.

 

Autor: Administrator